Raz astrą, raz zeneką

Od ponad 2 miesięcy należę do jednodawkowych zaszczepieńców – na drugą wybieram się w najbliższą środę. Tak się złożyło, że akurat w tamtym czasie mojej grupie wiekowej obligatoryjnie przydzielono szczepionkę AstryZeneki.

Ten specyfik ma tę zaletę (czy wadę), że jedna dawka od drugiej może być podawana w sporym odstępie czasowym - nawet 10 tygodni. I właśnie niżej podpisany został rozstawiony w takim terminie. No to czekam i czekam, a na pytanie o mój stan zaszczepienia odpowiadałem (żarcik prowadzącego): – Jestem po astrze, czekam na zenekę.

A im dłużej czekałem, tym bardziej AZ traciła na dobrej opinii. Wkrótce media, a szczególnie mądre fejsbuki zaczęły rozwodzić się nad przypadkami powikłań zakrzepowych, które miały być wywoływane przez ten preparat. Pamiętam, że kiedy wracając z punktu sczepień pochwaliłem się napotkanemu znajomemu, że właśnie przyjąłem AstreZenekę spojrzał na mnie jak na bohatera i wykrzyknął: Łał! Ja to bym się w życiu astrą nie zaszczepił!

I chociaż wkrótce  potem (na początku kwietnia) Europejska Agencja Leków potwierdziła, że korzyści ze stosowania AstryZeneki przewyższają ryzyko we wszystkich grupach wiekowych (podobnie jak pozostałych dwóch szczepionek), to niechęć do AZ pozostała. Niektórzy przyjmujący szczepionkę opowiadali też o złym samopoczuciu, głównie o  stanach podgorączkowych (o możliwości takich przypadków uprzedzała firma farmaceutyczna oraz służba zdrowia), co również nie przysporzyło sympatii Zenece. Do tego doszły jeszcze perturbacje z terminową dostawą leków od producenta.

Gdy więc inne specyfiki zaczęły napływać do naszego kraju rytmicznie i w zwiększonych ilościach, Polacy odwrócili się prawie zupełnie od produktu szwedzko-brytyjskiego. Zresztą w innych krajach jest podobnie. W tej chwili nie ma  u nas chętnych żeby poddać się szczepieniu AstrąZeneką, serwowana jest tylko druga dawka.

Jak twierdzą specjaliści, lekarze i wirusolodzy, np. specjalistka chorób zakaźnych, dr Lidia Stopyra, tak naprawdę niechęć do AstraZeneki nie ma żadnych racjonalnych podstaw, ale gdy zła atmosfera wokół szczepionki rozlała się po świecie, nieufność do preparatu „rozwijała się już swoim własnym torem". – Nie obawiajmy się żadnej szczepionki, bo każda jest dobra i starajmy się zaszczepić jak najszybciej – mówi pani doktor i przypomina, że przeciwwskazania (wszystkich rodzajów szczepionek – red.) są wyjątkowo rzadkie i są to sytuacje absolutnie wyjątkowe.

Mija pół roku od momentu rozpoczęcia szczepienia przeciwko Covid-19 w naszym kraju. Do tej pory (stan na 13 czerwca) wykonano prawie 24,5 mln szczepień, a w pełni zaszczepionych jest 9 mln 675 tys. osób. Tymczasem wg. ekspertów, aby uzyskać odporność populacyjną i wygasić epidemię, powinno się zaszczepić od 40 do 70 proc. Polaków, czyli w przybliżeniu między 15 a 26 mln osób (im więcej, tym lepiej). No to jeszcze sporo brakuje, a niestety widać coraz mniejszy ruch w punktach szczepień.

Tymczasem minister zdrowia Adam Niedzielski parę dni temu oznajmił, że około 60 proc. ludzi w Polsce nabyło już odporność na Covid-19. Dodał, że część z nich uzyskała ją po przechorowaniu, a pozostali – dzięki szczepieniom.

Ministra w jego optymizmie wspierają… antyszczepionkowcy. Trochę z innych pozycji. Twierdzą oni, że nasze statystyki zakażeń są mało wiarygodne (za mało testów, za duży odsetek pozytywnych). Dlatego prędzej nabędziemy odporność populacyjną dzięki zakażeniom, niż szczepionkom. „Jeszcze będziecie dziękować bezmaskowcom za rozsiewanie wirusa, jak w Polsce życie wróci do normy…” – napisał jeden z tych, który w życiu nie zaszczepi się ani astrą ani zeneką (ani żadną inną szczepionką). I nie założy maski.

Nie przywiązywałbym się jednak do optymistycznych słów ministra, bo w uszach mamy jeszcze zapewnienia  premiera, który dokładnie rok temu wpierał całej Polsce, że wirus jest już w odwrocie i nie należy się go bać.

RYSZARD MARUT

Ciechanów, 15 czerwca 2021 r.